Po co mi był ten plakat? O marzeniach w czasach, gdy nie dało się ich scrollować

Plakat zielonych marzeń

Spójrz na ten sfatygowany plakat. Przedstawia Klify Moheru (Cliffs of Moher), jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w Irlandii. Położone są na zachodnim wybrzeżu wyspy. Będąc w Irlandii, naprawdę warto je zobaczyć (kliknij tutaj i zobacz, jak możesz to uczynić z Dublina, tak jak ja zrobiłam to w 2019 roku)

Plakat wiele przeszedł. Swoją najbardziej komfortową podróż odbył w 1999 roku samolotem z Dublina przez Londyn do Warszawy, zabezpieczony w tubie. No dobrze – w Londynie nie zdążył się przesiąść i dotarł do mnie z jednodniowym opóźnieniem. Ależ ja się wtedy bałam o te wszystkie gadżety i pamiątki… Bo to nie były żadne kurzołapki ani magnesy na lodówkę. One miały mi pomóc w osiągnięciu konkretnych celów.

Plakat z Klifami Moheru wisiał na ścianie każdej mojej stancji w Poznaniu, a podklejony tekturą jeździł na każdą prezentację o Irlandii. Czasy temu sprzyjały – Polska stała się członkiem Unii Europejskiej w 2004 roku, właśnie za „prezydentury” Irlandii. Potem, przez dwa sezony, jeździł ze mną po niezliczonych przedszkolach i szkołach województwa lubuskiego na spotkania taneczno-muzyczne. To wtedy ucierpiał najbardziej, gdy w ciągu dnia potrafiłam pakować i wyciągać go – nie zawsze delikatnie – z zakamarków furgonetki.

Ale przetrwał. Dzisiaj, schowany za szafą w rodzinnym domu w Zielonej Górze, tworzy część mojego „muzeum na zawołanie”. Gdy komuś przyjdzie ochota na wysłuchanie kilku zielonych opowieści, wysuwam go jak magiczną ściankę i wracam wspomnieniami do końcówki ubiegłego wieku.

plakat Klify Moheru
Plakat z Klifami Moheru (Cliffs of Moher), kupiony w 1999 roku w Dublinie © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Gapiąc się godzinami na skały

Plakat kupiłam w pośpiechu, niemal przypadkiem, w jednej z dublińskich księgarni – ostatniego wieczoru mojego pobytu na Zielonej Wyspie w listopadzie 1999 roku. Jak do tego doszło, jaka magia się zadziała (nie przesadzam), możesz przeczytać we wspomnieniu „Do Irlandii za wszelką cenę”. Polecam – to dobre uzupełnienie tej historii.

Możliwe, że w jakiejś encyklopedii lub albumie trafiłam już wcześniej na zdjęcie owych klifów, ale bardziej prawdopodobne jest, że zobaczyłam je tak szczegółowo po raz pierwszy właśnie na tym plakacie.

Plan był prosty. Wyjeżdżam co prawda z kraju moich marzeń, ale na pewno tu wrócę. I wtedy zobaczę Cliffs of Moher. Stanę w miejscu, gdzie jest ta para. Kto wie… może nawet z kimś.

Więc gapiłam się na ten plakat, wyobrażając sobie, jak chodzę ścieżką przy krawędzi; jak tańczę; jakie mam stroje; jakie są okoliczności; pora dnia; pogoda. Wszystko. Nie zastanawiałam się, jak tam dotrę ani kiedy. Ja tam już byłam. Wielokrotnie.

Zestaw gadżetów, tin whistle i pamiątek, przywieziony z Irlandii w 1999 roku © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Dzień, w którym stanęłam na klifie. Eeee…?

Niedługo po powrocie trafiłam na internetową prezentację Towarzystwa Polsko-Irlandzkiego w Poznaniu, gdzie studiowałam (a wiesz, jak fajnie wyglądały strony internetowe w 1999 roku). Poszłam na jedno ze spotkań, które odbywało się w wynajętej sali pobliskiej Wyższej Szkoły Bankowej. Towarzystwo (obecnie Fundacja Kultury Irlandzkiej) nie miało wtedy jeszcze swojej siedziby. Poznałam Krzysztofa, prezesa, i podzieliłam się z nim moją fascynacją. To było jak zielona gwiazdka z nieba.

Okazało się, że latem stowarzyszenie organizuje autokarowe objazdówki i można pojechać z nimi do Irlandii! Noclegi pod namiotem, wyżywienie we własnym zakresie, ale docierało się do wielu miejsc o spektakularnych krajobrazach. I oczywiście Klify Moheru były w programie.

Dużo się działo w 2000 roku! W Poznaniu odbył się VI Międzynarodowy Festiwal Celtycki, poznałam ambasadora Irlandii w Polsce, założyłam jeden z pierwszych zespołów tańca irlandzkiego w Polsce (na moją pamięć był to piąty zespół w historii). No i zobaczyłam Klify Moheru.

Pogoda była tego dnia całkiem ładna, niebo przejrzyste. Zapowiadało się niesamowite przeżycie. I owszem. Kiedy dotarliśmy na miejsce, pierwsza wyleciałam z autobusu i pognałam w kierunku wskazanym przez prezesa.

Wtedy teren przy wieży O’Briena był jeszcze bardzo słabo zagospodarowany: jakiś parking, ścieżki wydeptane na dziko i to wszystko. Nie było wyłożonych płytami chodników, schodów, centrum turystycznego, płotów, ogrodzeń ani zakazów.

Miałam ogromną satysfakcję, że moje marzenie tak szybko się spełniło, ale jednocześnie czułam lekki niedosyt. Dlaczego? Te wielogodzinne sesje (dobra – to tak nie było naprawdę; po prostu od czasu do czasu rzucałam okiem na plakat) sprawiły, że zabrakło efektu „wow”. Widoki były mi znajome od dawna. Myśl „ja tu już byłam” uporczywie kołatała z tyłu głowy.

Na szczęście nie trwało to długo i zaczęłam cieszyć się chwilą, robiąc wiele zdjęć. Tym razem takich na pamiątkę, bo wiedziałam, że i tak tu wrócę.

Ostatni raz byłam tam w listopadzie 2019 roku*. Zrobiłam sobie sentymentalną wycieczkę do Irlandii, dokładnie 20 lat po pierwszej wizycie. I nawet pobawiłam się starymi ujęciami. Będzie o tym więcej.

Klify Moheru 1999
Klify Moheru, Irlandia 2000 © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna
Irlandia 2019
Klify Moheru, Irlandia 2019 © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Ściskając w ręku kamień zielony…

Uważam, że przy dążeniu do spełniania marzeń dobrze jest mieć do czego marzyć. Kto siedzi w literaturze o samorozwoju, ten pewnie wie, o czym piszę: te słynne tablice korkowe z przypiętymi zdjęciami wymarzonego domu, samochodu czy wakacji.

Sama ich nie robiłam, ale raz wkleiłam zdjęcie wymarzonej lustrzanki do notesu i po pół roku miałam ją w ręku. Było to przed moim pierwszym wylotem do Korei w 2012 roku. Sam wyjazd też był krótko „generowany”. Machnęłam kredą (z klifów!) na wyspie Rugii napis na drewnianych schodach: „Korea 2012”, i szybko o tym zapomniałam. Dopiero przeglądanie zdjęć po jakimś czasie przypomniało mi o tym zdarzeniu.

Można wierzyć w cuda, nazywać to „sekretem” albo – wręcz przeciwnie – uważać za czysty przypadek. Dużo tych przypadków było w takim razie w moim życiu, ale spoko. Moja psychoterapeutka swego czasu stwierdziła ze spokojem: „Aaa, masz na myśli samospełniającą się przepowiednię?”. Dobrze, że są fachowe nazwy na to zjawisko.

Ale do czego zmierzam? Do tego, że warto. Że warto postarać się o przysłowiowy zielony kamień, który będzie Ci przypominał o marzeniu.

Teraz jest dużo łatwiej. Jeśli poprosisz na grupie na FB, ktoś miły przywiezie Ci z Korei magnes, figurkę albo pałeczki. Co trudnego jest w wizualizacji tego, że siedzisz sobie w koreańskiej restauracji i chwytasz owymi pałeczkami jedzenie? To tylko pomysł.

Teraz, z pomocą AI, można tworzyć niesamowicie realistyczne zdjęcia i filmiki, ale ja raczej pozostanę przy namacalnych, fizycznych przedmiotach. I własnym umyśle.

plakat klify moheru
Przypuszczam, że dzisiaj zrobienie sobie takiego zdjęcia jest niemożliwe. Klify Moheru, Irlandia 2000. © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Siedziba prezydenta i EKG

Z pomocy psychoterapeutki** korzystałam na początku pandemii, w 2021 roku. Nie było to tanie i jestem wdzięczna, że akurat wtedy miałam na to środki. Psychika wygenerowała niecodzienne odczucia w okolicy serca, więc przy okazji (w tej pandemii) zrobiłam sobie badania.

Było to w Polsce, kiedy przyleciałam na pogrzeb taty i zostałam z mamą na kilka miesięcy. Lekarz prowadzący, gdy dowiedział się, że mieszkam w Korei, z entuzjazmem zaczął opowiadać o swoim dziesięcioletnim synu, który właśnie odkrył ten kraj i jest nim zafascynowany.

Bardzo żałowałam, że nie miałam przy sobie nic, co mogłabym mu przekazać, ale przy chowaniu dokumentów spojrzałam na mój wizytownik. Był to upominek, który otrzymują (albo otrzymywali) zwiedzający siedzibę prezydenta Korei.

Nie, nie oddałam wytartego wizytownika. Jestem zresztą do niego bardzo przywiązana. Ale w środku była mała, biała tekturka z rysunkiem Niebieski Dom i podpisem. Doktor był zachwycony tym kartonikiem, bo przecież „to jest z Korei, syn się ucieszy”.

Nie wiem, jak rozwinęły się zainteresowania jego syna i jak skończyła ta tekturka, ale to nieważne. Mam nadzieję, że zrozumiałe/aś, o co mi chodzi.

Korea siedziba prezydenta
Przed siedzibą prezydenta Korei, 2018 © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Kalendarz adwentowy 2026. A nawet dwa

A dlaczego o tym wszystkim się rozpisałam? Ano dlatego, że ani Facebook, ani Instagram nie są podobno odpowiednimi platformami na takie długaśne zwierzenia. Lubię mój blog. I lubię tu mieszać pomiędzy trzema krajami (+ ojczyzna), którymi zainteresowałam się na różnych etapach mojego życia. To teraz patrz!

Od dwóch czy trzech lat leży sobie u mnie kalendarz adwentowy. Sama go zrobiłam. Każdy dzień zawiera mały upominek z Korei (nie z Chin! – wyprodukowany w Korei). Poza dwoma. Bo jest i drobiazg z Irlandii, i grubsza rzecz dotycząca Niemiec, ale nie napiszę nic więcej, bo kalendarze adwentowe nie są tak skonstruowane, by zdradzać od razu wszystkie okienka.

Możesz go dostać w tym roku. Wystarczy trochę szczęścia (czy ten kamyk zielony). Co i jak – ujawnię w okolicy kwietnia/maja, a może wcześniej na moim profilu FB. Polecam obserwować. Kalendarz wysyłam na początku listopada 2026 roku, tak by zdążył dotrzeć do grudnia (wysyłka tylko na adres w Polsce).

Będzie też drugi kalendarz. Podobny, ale bardziej osobisty. On cały czas się tworzy. Mam już sporą kolekcję pamiątek i drobiazgów z różnych, odwiedzonych przeze mnie miejsc w Korei. Wyszukanych, praktycznych, ładnych. To będzie coś wyjątkowego – dlatego nie przegap i tego wydarzenia.

No i nie obraź się, kiedy – dla rozróżnienia – ten pierwszy zaczęłam nazywać roboczo „bieda-kalendarzem”. Takiej biedy znowu tam nie ma, ale co tu ukrywać: są tam drobiazgi z Daiso, Art-Boxu i targowisk.

Przypuszczam, że niewielu potrafi tak gładko przejść od plakatu z irlandzkimi Klifami Moheru do Daiso w Korei. Zapraszam tam, gdzie zapowiedzi podobnych wpisów i tego irlandzko-niemiecko-koreańskiego miksu będzie więcej: Viator Polonicus na Facebooku.

Kalendarz adwentowy z gadżetami z Korei © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

* polecam jednodniową wycieczkę z Dublina na Klify Moheru – ja właśnie z takiej skorzystałam w 2019 roku
** gdyby ktoś potrzebował, polecam zespół psychoterapeutów Pokonaj Lęk (spotkania online)

Więcej na podobny temat?
Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.