Dlaczego Schloss Moritzburg?
Przyznaję się bez bicia. W 2022 roku kupiłam sobie 10-dniową kartę schlösserlandKARTE i leciałam na rekord. To taka karta, za którą płacisz raz (2026, 30€) i zwiedzasz ile dasz radę. Do wyboru jest ponad 40 zamków, pałaców i innych obiektów w Saksonii. Schloss Moritzburg jest jednym z nich. A ile dałam radę zwiedzić w ogóle?
Okazało się, ze całkiem sporo, ale takie tempo i spontaniczna decyzja zakupu karty miała również swoje konsekwencje. Zamki zwiedzałam bez większego przygotowania. I chociaż brzmi to strasznie – „przygotowywać się” – to nie pogardziłabym wówczas krótkim przewodnikiem „co i jak”.
Dlatego dla wszystkich, co wybierają się na ten zamek po raz pierwszy, prezentuję poniżej mój przewodnik „9 x Schloss Moritzburg w Saksonii”. To lektura na kilkanaście minut. Screen to sekundy. A gdybym miała coś takiego pod ręką w 2022 roku, to na miejscu na pewno nie minęłabym z taką beztroską jeden z najstarszych stołów bilardowych na świecie.
I tak, można czytać tablice w zamku. I ja czytam. Niektóre. Ale jeśli widzę salę obwieszoną dziesiątkami poroży, to dla mnie są to po prostu dziesiątki poroży, które na dodatek wyglądają tak samo. Skąd mam wiedzieć, że jest tu jeden z rekordzistów świata.
Zatem proszę, kto się wybiera do Moritzburga, to poniżej znajdzie bardzo praktyczny mini-przewodnik. Oczywiście nie wyczerpuje to bogactwa historii krążących po zamku i wokół niego. Ale przynajmniej będziecie mieli zdjęcie stołu bilardowego.
1. Zamek na wodzie
Schloss Moritzburg znajduje się w Saksonii, jakieś piętnaście kilometrów na północny zachód od Drezna. Dojedziecie tu autobusem w niecałe pół godziny spod dworca Dresden-Neustadt. Pałac jest przepięknie położony na sztucznej wyspie pośrodku stawu, otoczony całym systemem stawów i kanałów. To zdecydowanie najpiękniejszy Wasserburg (Zamek na Wodzie) w Saksonii.
Zaczęło się skromnie i wcale nie od Augusta II Mocnego. W latach czterdziestych XVI wieku książę Moritz von Sachsen postawił tu renesansowy dom myśliwski, nazwany początkowo Dianenburg, od Diany, rzymskiej bogini łowów. Dopiero dwa stulecia później August uznał, że to stanowczo za mało jak na jego potrzeby, i zlecił przebudowę Matthäusowi Danielowi Pöppelmannowi, temu samemu, który zaprojektował drezdeński Zwinger.
I teraz rzecz, która paradoksalnie wyszła nam na dobre. August II Mocny zmarł w 1733 roku, zanim przebudowę skończono, a żaden z następców nie miał już ochoty przerabiać zamku pod kolejną modę. Dzięki temu oglądamy dziś imponujący, nietknięty barok, bez późniejszych poprawek i XIX-wiecznych ulepszeń (oj, te potrafiły namieszać w architekturze).
Zróbcie sobie koniecznie rundkę dookoła stawu, zanim wejdziecie do środka. Z każdej strony wygląda inaczej. A ochra z bielą, czyli barwy saskiego baroku, odbijają się w wodzie tak, że aparat sam wyskakuje z kieszeni. Najładniejsza perspektywa jest od południa, przy podjeździe. Ten widok to klasyka zamkowych krajobrazów Saksonii.

2. Pantofelek Kopciuszka
Bajkowy Moritzburg rzeczywiście zagrał w bajce. Jako zamek księcia z Kopciuszka (1973). A ta słynna scena gubienia pantofelka rozegrała się na schodach po wschodniej stronie. Obecnie replika bucika przymocowana jest tam na stałe i można próbować swojego szczęścia. Moja gira nie weszła, ale ja już znalazłam swojego księcia, więc spoko.
Z ciekawostek: podobno pół Saksonii, ćwierć Brandenburgii i jedna dziesiąta Niemiec przyjeżdża oświadczać się na tych schodach. Nie słyszano, bo ktoś powiedział „nie”.
Sceny balu były kręcone w studiu filmowym w Babelsbergu (Poczdam), więc nie szukajcie podobnej sali balowej po zamku. W Moritzburgu powstały wyłącznie ujęcia zewnętrzne, bo wnętrza do zdjęć się nie nadawały.
No i jeszcze ten nieznośny zapach ryb. Otóż zimą 72/73 śniegu nie napadało zbyt wiele. Trzeba się było wspomóc tym sztucznym i tanią mączką rybną. Ciekawe, czy aktorzy dostali dodatek za pracę w trudnych warunkach. :)
Choć tak naprawdę tej zimy w ogóle nie miało być. Film planowano jako wiosenny i tak pisano scenariusz. To, że mamy dziś najsłynniejszą zimową baśń Europy Środkowej, wyszło z decyzji czysto organizacyjnej: enerdowska wytwórnia DEFA miała na wiosnę zaplanowanych zbyt wiele produkcji, więc zdjęcia przesunięto na zimę. Czasem wielkie rzeczy biorą się z tego, że komuś nie spiął się grafik.
A tu jeszcze jedna historia :)
Macochę grała enerdowska aktorka Carola Braunbock. Na planie mówiono po czesku: wymieniano uwagi, żartowano, komentowano to i owo, w przekonaniu, że niemiecka koleżanka i tak nic z tego nie rozumie. Dopiero pod koniec zdjęć czechosłowaccy współpracownicy dowiedzieli się, że Braunbock, wysiedlona stamtąd w wieku dziewiętnastu lat, mówi po czesku perfekcyjnie i przez cały czas rozumiała każde słowo. Ale nie dała tego po sobie poznać.
Same schody są na zewnątrz, więc dostępne cały rok, tak samo jak park. A jeśli chcecie kompletu, przyjedźcie zimą, kiedy zamek pokazuje wystawę poświęconą filmowi, z oryginalnymi kostiumami i rekwizytami. Wtedy wystarczy już tylko, żeby spadł śnieg. Prawdziwy, nie ten z mączki rybnej.

3. Komnaty obite skórą
Za całym szacunkiem do Kopciuszka i trofeów myśliwskich, ale Moritzburg odtąd będzie kojarzyć mi się z tymi ciężkimi, ciemnymi, skórzanymi tapetami pokrywającymi ściany 11 komnat. Kiedyś było ich 60, a i tak jest to największy zachowany zbiór barokowych tapet skórzanych na świecie. Na obicie tych sześćdziesięciu pomieszczeń poszło jakieś dziesięć tysięcy zwierzęcych skór.
Zamek myśliwski, to i wystrój myśliwski. Tyle że tutaj poszli o krok dalej niż wszyscy: nie wystarczyło namalować polowania na ścianie, trzeba było jeszcze namalować je na zwierzęciu. I to jest moment, w którym zwiedzanie staje się dziwne.
Fachowo nazywa się to złota skóra, choć nazwa kłamie, bo złota tam nie ma. Skórę pokrywano srebrną folią, a dopiero na to szedł żółtobrązowy lakier, który dawał ten ciepły połysk.
Na dzień dobry wchodzi się do Monströsensaal, czyli Sali Monstrualnej. To wysoka na ponad dziewięć metrów komnata, ze scenami mitu o Dianie, bogini łowów. Nazwa brzmi jak z horroru, ale chodzi o coś innego: wiszą tam poroża zdeformowane, dziwaczne, powyginane nie tak jak trzeba, osadzone na złoconych jelenich głowach, i to one są tymi „monstrami”.
A teraz ciekawostka polonijna: część tych tapet trafiła w 1930 roku na Wawel. I tam zdobią one komnaty po dziś dzień. W sprzedaży pośredniczył wiedeński antykwariusz polskiego pochodzenia, Szymon Szwarc, a sprzedawał je sam dom Wettinów, bo po upadku monarchii zamkowe wyposażenie stało się prywatną własnością rodziny. Skóra z rezydencji Augusta II Mocnego, który był przecież królem Polski, wylądowała na zamku polskich królów, więc wychodzi na to, że kawałek Moritzburga zwiedziłam wcześniej w Krakowie, nawet o tym nie wiedząc. :)



4. Poroże z epoki lodowcowej
W Sali Kamiennej (Steinsaal) ściany są obwieszone porożami od podłogi po sufit i człowiek szybko przestaje je rozróżniać, bo po dwudziestym wszystkie wyglądają podobnie. A potem ktoś mówi, żeby spojrzeć nad zachodnie wejście, i robi się ciekawie.
Wisi tam poroże jelenia olbrzymiego, zwierzęcia z epoki lodowcowej, więc mówimy o skamielinie, a nie o trofeum z polowania. Ten gatunek chodził po Azji, Europie i północnej Afryce już jakieś 400 tysięcy lat i miał największe poroża w całej historii jeleniowatych. Moritzburski okaz ma 2,21 metra rozpiętości, a samo zwierzę mierzyło w kłębie ponad dwa metry i mogło ważyć do 700 kilogramów.
Poroże liczy ponad dziesięć tysięcy lat i podobno znaleziono je na Krymie, a do Moritzburga trafiło jako prezent od cara Piotra I dla Augusta II Mocnego. Podobno, bo to przekaz, nie dokument, ale całkiem prawdopodobny, bo obaj panowie znali się osobiście, byli zaprzyjaźnieni i car nieraz podróżował przez Saksonię. Wymieniali się więc takimi drobiazgami zamiast pisania pocztówek.
I ciekawostka: trzysta lat temu nikt nie miał pojęcia, co to właściwie jest. Inwentarz z 1733 roku spisuje ten dar jako poroże łosia, więc zamówiono do niego drewnianą, rzeźbioną głowę łosia i tak wisi do dziś. Piramidy przy tym porożu są młodzikami, a Stonehenge to prawie jak nowe budownictwo. A wisi to sobie na drewnianym łbie zupełnie innego zwierzęcia.

5. Porcelana nie dla plebsu
Sala Jadalna (Speisesaal) jest największa w całym zamku. Wysoka na dwie kondygnacje, a pod sufitem ma emporę dla muzyków. Pośrodku stoi stół, który ma prawie sześć metrów długości i jest zastawiony porcelaną. Ogromem porcelany.
Pochodzi ona, a jakże – z Miśni, a wzór nazywa się „Roter Drache”, czyli Czerwony Smok. I nie jest to sobie zwykły ładny deseń, bo powstał według chińskiego pierwowzoru. W centrum siedzi smok, symbol cesarza i męskiej siły natury, a naprzeciw niego ptak Feng-huang, czyli feniks, herbowy ptak cesarzowej, będący hybrydą bażanta i pawia. Chiński porządek świata na saskim talerzu.
Dwór saski zamówił ten wzór po raz pierwszy w 1730 roku. I tu robi się ciekawie, bo smok jako znak władcy spodobał się Wettynom tak bardzo, że zastrzegli sobie ten dekor wyłącznie dla dworu, i to aż do 1918 roku. Prawie dwieście lat. Czyli, mogłeś być najbogatszym kupcem w Dreźnie, a i tak Czerwonego Smoka nie uświadczyłbyś na swoim talerzu. Tej porcelany się nie kupowało. Ją się miało z racji urodzenia.
Dodam uczciwie, że to, co stoi dziś na stole, to rekonstrukcja z 2002 roku, ale wykonana w Manufakturze Miśnia z oryginalnych form zachowanych w jej archiwum. Ta sama fabryka, te same formy, ten sam wzór, tylko wypalone później. Serwis obejmuje 24 nakrycia, a poza talerzami są tam misy, półmiski, sosjerki i muszle na sól.
A jak wyglądał obiad przy takim stole? Otóż, dobrze się składa, bo zachował się opis uczty wydanej 22 listopada 1728 roku. Podano dwa dania: w pierwszym 28 potraw, w drugim 20. Serwowano po francusku, czyli wszystko wjeżdżało na stół naraz, a goście brali sobie, co chcieli. W kuchni pracowało wtedy około 46 osób, a za wyżywienie mniej więcej 50 gości i całego dworu odpowiadały łącznie 83 osoby. Kiedy się to wie, sala wygląda inaczej: 48 potraw w dwóch turach, muzyka nad głowami, a ze ścian patrzy siedemdziesiąt jeden drewnianych jeleni.


6. Rekord świata, którego nikt nie podpisał
Zostajemy w Sali Jadalnej, bo poza stołem jest tu jeszcze jedna rzecz warta uwagi. Pośrodku ściany wschodniej wisi najsilniejsze i zarazem najcięższe poroże jelenia szlachetnego na świecie. Waży 19,8 kilograma i ma prawie dwa metry szerokości. Taki tam sobie „drobiazg” w saksońskim zamku.
Nazywa się go moritzburskim 24-Ender’em, bo ma 24 zakończenia, czyli odnogi, policzone na obu tykach razem. Dla porównania: dorodny, w pełni ukształtowany byk ma zwykle dwanaście odnóg i nazywa się go jeleniem koronnym. Tutaj mamy dwa razy tyle. W tej samej sali wisi zresztą jeszcze siedemdziesiąt innych poroży, w większości liczących od 270 do 400 lat, więc szukajcie tego największego, mniej więcej w połowie ściany po prawej.
Spodziewałabym się tabliczki z nazwiskiem, datą i rewirem, bo trofeum to z definicji czyjś sukces. Tymczasem oficjalny opis muzeum stwierdza wprost, że pochodzenie tego poroża jest nieznane. Nie wiadomo, kto tego jelenia ubił ani kiedy. Trzysta lat temu ktoś przeżył najlepszy dzień swojego życia i pozostał anonimem.
7. Łoże utkane z miliona piór
W Moritzburgu jest sporo rzeczy okazałych, ale tylko o jednej zamek mówi wprost, że nie ma drugiej takiej na świecie. To paradne łoże, którego baldachim, zasłony i obicia wykonano z ptasich piór. Taka zachcianka króla. Można je oglądać jedynie przez szybę i z pewnej odległości, więc obawiam się, że nie zrobi to odpowiedniego wrażenia. W gablocie jest piórkowa próbka, ale to nie to samo.
Pióra nie były naklejane na tkaninę! Twórca, Francuz Le Normand, wplatał je na krośnie jako wątek, dokładnie tak, jak wplata się nitkę. Stąd efekt, o którym piszą wszyscy, którzy łoże oglądali (nawet, jeśli tylko przez szybę): powierzchnia wygląda jak gęsty, miękki dywan, a kolory zmieniają się zależnie od kąta padania światła.
Wokół tego mebla narosło przez trzysta lat mnóstwo opowieści. Że miał być tronem meksykańskiego króla. Że to część indyjskiego wyposażenia domowego. Krąży nawet historia, jakoby August dostał go jako honorarium za udział w walce byków, co brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdziwe, i rzeczywiście nikt tego nie potwierdza.
Sam król kupił łoże w 1723 roku, ale nie do myśliwskiego pałacu, tylko do drezdeńskiego Japanisches Palais. Do Moritzburga trafiło dopiero w 1830, czyli prawie sto lat po jego śmierci.
Przez dziesięciolecia było niedostępne i uchodziło za nie do uratowania. Po prostu uznano, że tego się nie da odrestaurować, i zamknięto temat. A potem ktoś się uparł, restauracja ciągnęła się kilkanaście lat, i w 2004 roku projekt dostał Europa Nostra Award, jedno z najważniejszych europejskich wyróżnień w dziedzinie ochrony zabytków.

8. Skarb zakopany w lesie
Historia zaczyna się w styczniu 1945 roku. Front się zbliżał, a w Moritzburgu od 1933 mieszkał książę Ernst Heinrich von Sachsen, najmłodszy syn ostatniego króla Saksonii. W zamku przechowywano zastawę stołową Augusta II Mocnego, polski serwis koronacyjny jego syna Augusta III i inne bezcenne przedmioty domu Wettinów, czyli rzeczy, których nie dało się już ani wywieźć, ani schować w szafie. Więc książę z synami postanowił je zakopać.
Ojciec spakował wszystko do czterdziestu skrzyń. Synowie przez pięć nocy kopali łopatami dwa wielkie doły w moritzburskim lesie. Przez kolejne trzy noce składali w nie potwornie ciężkie skrzynie, a potem zamaskowali miejsce ziemią, liśćmi i gałęziami. Błagali ojca, żeby nikomu nie zdradzał kryjówki. Książę jednak kazał leśniczemu Mandlowi wymierzyć to miejsce i narysować mapkę. Dwa lata później oficerowie Armii Czerwonej wymusili na leśniczym wskazanie miejsca, bo ktoś ich uprzedził, że on wie. Cały skarb wywieziono do Związku Radzieckiego.
Ernst Heinrich uciekł w marcu 1945 r. przed Armią Czerwoną do Sigmaringen, potem kupił majątek w hrabstwie Westmeath w Irlandii i został tam… rolnikiem. Swoje wspomnienia zatytułował bez ogródek „Mein Lebensweg vom Königsschloss zum Bauernhof„ (Moja droga życiowa od zamku królewskiego do gospodarstwa). Saksonii po 1945 r. już nigdy nie zobaczył.
Jednak zanim rodzina uciekła w połowie marca 1945 na zachód, spakowano jeszcze trzy skrzynie: srebro, którego używano na co dzień, i mnóstwo osobistych pamiątek. Zakopano je o świcie 10 lutego 1945, w zupełnie innym miejscu. I te trzy przeleżały w ziemi pół wieku, przez całą NRD, nie zauważone przez nikogo. W 1996 roku, dwoje poszukiwaczy skarbów, przeczesywało las wykrywaczem metalu i natrafiło na owe skrzynie.
Hanno Vollsack i Claudia Marschner przez dwa dni bili się z sumieniem, czy zgłosić znalezisko władzom. Ostatecznie zdecydowali się na to i w nagrodę dostali grzywnę, bo kopali nielegalnie. Znaleźne otrzymali dopiero od domu Wettinów. Saksonia zwróciła skarb prawowitym właścicielom. W grudniu 1999 rodzina wystawiła większą część na aukcji Sotheby’s w Londynie.
Do Moritzburga wróciła jednak część zastawy stołowej z tego skarbu, odkupiona przez zamek w 2015 roku, i dzisiaj można ją oglądać w jednej z gablot.

9. Był jakiś stół :)
Pośrodku Sali Bilardowej, odgrodzony sznurkiem, stoi jeden z najstarszych zachowanych stołów bilardowych na świecie. Tyle że na pierwszy rzut wygląda dość zwyczajnie, a uwagę bardziej przykuwają ściany obite wspomnianymi malowanymi skórami oraz okazałe żyrandole.
Dokładnej daty nikt nie podaje. Opis muzeum kończy się na „jednym z najstarszych na świecie” i nie precyzuje ani roku, ani stulecia, ani tego, czy to ten sam stół, który stał tu za Augusta II Mocnego. Krążą po internecie konkretne daty, ale nie mają umocowania w źródłach zamku, więc ich nie powtarzam.
Z dzisiejszym bilardem ma zresztą mniej wspólnego, niż się wydaje, bo prawie wszystko, co znamy, wymyślono dopiero w XIX wieku. Blat był drewniany, nie z łupka, więc się paczył i kula jechała, gdzie chciała. Bandy obijano tkaniną albo skórą i kula w nich grzęzła, zamiast odskakiwać. Kule robiono z drewna albo z kości słoniowej. A na samym blacie ustawiano przeszkody: bramki, przez które trzeba było przepchnąć kulę, i małe kręgle do przewracania. Bliżej temu było do krokieta przeniesionego na stół niż do bilarda, jaki znamy.
Dlaczego w rezydencji myśliwskiej urządzono salę do bilarda? Bo w czasach Augusta II Mocnego to była moda, i to moda niebłaha. Na początku XVIII wieku w Prusach zapanowała taka gorączka bilardowa, że berliński kler odnotował spadek frekwencji na nabożeństwach, a w 1707 roku rząd pruski zakazał gry przed niedzielną mszą. Czy sam August grał, tego nie wiadomo, bo jego pasje do łowów i porcelany są udokumentowane aż nadto, a przy bilardzie źródła milczą.
Na zdjęciu poniżej: róg jakiegoś tam stołu :D No nie ogarnęłam mebla przy wizycie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE
Barockschloss Moritzburg
Schlossallee, 01468 Moritzburg (Saksonia), ok. 15 km od Drezna
Otwarty:
Ekspozycja barokowa z Federzimmer: 20.03 – 01.11.2026, codziennie 10.00–18.00
Wystawa zimowa „Drei Haselnüsse für Aschenbrödel”: od 20.11.2026
Wystawa czasowa „Dünnes Eis – Inuit zur Schau gestellt”: od 15.05.2026
Fasanenschlösschen: 30.04 – 01.11.2026, tylko z przewodnikiem
Park zamkowy: codziennie od świtu do zmierzchu, wstęp wolny
Ostatnie wejście o 16.45. Na zwiedzanie samego zamku przeznacz około półtorej godziny, a razem z parkiem i spacerem dookoła wyspy spokojnie pół dnia.
Uwaga: w czasie wystawy zimowej ekspozycja barokowa i Federzimmer są niedostępne. Latem baroк, zimą Kopciuszek, jedno wyklucza drugie.
Wstęp: 12€ (8€) w cenie tablet HistoPad; dzieci 6–16 lat 4,50€; grupy od 15 osób 10€ od osoby
Oprowadzanie (piętro barokowe wraz z Kwartałem Porcelany): sobota i święta 11.00 i 13.00, niedziela 11.00. Kwartał Porcelany można zobaczyć wyłącznie z przewodnikiem.
Dojazd: Z Dresden Neustadt autobusem linii 477 w kierunku Radeburga, przystanek przy zamku. Alternatywnie jako ciekawostka: z Drezna S-Bahnem do Radebeul-Ost, dalej zabytkową wąskotorówką „Lößnitzdackel” (Lößnitzgrundbahn) do Moritzburga, stamtąd kilka minut pieszo.