Region przeklęty, czyli rzecz o białym, znikającym autobusie z czarnym hrabią w tle

Bad Frankenhausen – region komunikacyjnie przeklęty?

Mimo, że rzecz działa się w 2014 roku, do dzisiaj przeżyłam tam najbardziej surrealistyczną sytuację podczas moich podróży. Nie mam dobrej dokumentacji fotograficznej, ale w pamięci mam dość detali, by zrekonstruować tą historię.

Podróżowałam wtedy po Turyngii z turystyczną kartą ThüringenCard (niestety już wycofana, ale tu przeczytasz o innych, podobnych kartach). Była to wersja 6-dniowa i bardzo zależało mi na tym, aby każdy dzień zwiedzania był wykorzystany do maksimum. Plany układałam misternie. Znalazłam w miarę przystępny nocleg w Bad Frankenhausen i wokół niego układałam punkty zwiedzania.

Wszystko szło pięknie, do czasu. Mój bilet pozwalał mi wtedy na nieograniczone podróże tylko pociągami (zarówno ICE/IC, jak i regionalne) i szybko zorientowałam się, że w tej okolicy trzeba będzie polegać również na autobusach. Na dodatek w sobotę (drugi dzień wyprawy) kursują one niezwykle rzadko, żeby nie napisać „parę na krzyż”. Ale byłam uparta, bo ten nocleg to była okazja.

Pierwszego dnia zrealizowałam wszystko, to jest: zwiedzanie kopalni Erlebnisbergwerk Glückauf (to był mój najgłębszy zjazd pod ziemię, 670 metrów), zaraz potem zamek w Sondershausen a potem trzeba było przejechać pociągiem do Bad Frankenhausen. Tam chciałam jeszcze wejść do term Kyffhäuser-Therme. Wszystkie wstępy z turystyczną kartą były bez dodatkowych opłat i nie będzie przesadą, jeśli powiem, że tego dnia ich wspólny koszt prawie równał się kosztowi 6-dniowej karty.

Z powodu opóźnień autobusów do term trafiłam jedynie na godzinę, tuż przed zamknięciem. Nie były jakieś wyjątkowe. Bardziej stresowałam się przejściem przez miasto i za miasto, do „leśnej gospody”, w której miałam nocleg. Bo we wrześniu po 20 było już ciemno. Do przebycia zaledwie 1.6 km, ale bardziej na czuja, bo komórki z nawigacją jeszcze wtedy nie miałam. Po wyjściu z miasta trzeba się było trzymać drogi B85. Tyle, że całkowicie nieoświetlonej i bez chodnika, a samochody śmigały tam co chwila, bo to jest wylotówka na północ.

Spacer skrajem asfaltu uznałam za zbyt niebezpieczny. Zeszłam do szerokiego rowu i tak przez chaszcze przeszłam te 500 metrów w ciemności do drogi skręcającej do pensjonatu. Waldgaststätte Sennhütte w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Ukryta pośród gęstego lasu masywu Kyffhäuser, bez żadnych komunikacyjnych połączeń. Ze starym cmentarzem za płotem i miejscem straceń nieopodal. Ale ostatecznie dotarłam.

Gospoda Sennhütte za dnia © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna
Znaki szlaków turystycznych © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Jaskinia Barbarossy i barokowa wioska

Drugi dzień też miałam zaplanowany. Pieszo, bo po prostu żadnego autobusu na tej trasie nie było, chciałam przejść do słynnej Jaskini Barbarossy (Barbarossahöhle). To 5,5 kilometra i oczywiście chciałam trafić na pierwsze zwiedzanie z przewodnikiem, tuż po otwarciu. Dalej miałam 3 kilometry polną drogą do wioski Bendeleben. Stamtąd miałam autobus o 12.40 do Sondershausen. W Sondershausen tylko kilka minut by przesiąść na pociąg do Nordhausen. A tam o 14.00 i tylko o tej godzinie, miałam wziąć udział w zwiedzaniu destylarnii i degustacji trunków. Obie atrakcje, jaskinia i destylarnia, były w ofercie ThüringenCard bez dodatkowej opłaty.

Dla tych co nie wiedzą, w Nordhausen znajduje się bardzo znana destylarnia z tradycjami sięgającymi początku XVI wieku. Jej kultowym produktem jest korn, czyli wódka zbożowa w różnych odmianach. Będąc w północnych w Niemczech, w byle sklepie spójrzcie na kolekcję małpek przy kasie, to dojrzycie etykiety z napisem Nordhäuser. Jeśli chcecie coś na reprezentatywną próbę, wybierzcie Echter Nordhäuser Doppelkorn. To oczywiście odezwa do czytelników powyżej 18 lat i pozostawiam całkowitą dowolność w Waszych działaniach, do niczego nie namawiam. Ja sama alkohol spożywam niezmiernie rzadko, najczęściej są to właśnie takie „wymuszone”  turystyczne okazje.

Dotarcie i zwiedzanie jaskini poszło planowo. Kupiłam tu nawet jedne z ładniejszych ozdób kamiennych, szczerze zdziwiona ich przystępną ceną. Droga przez pola do Bendeleben też była ok. Powstało tu jedno z moich ulubionych zdjęć. Sama wioska okazała się niesamowita. Nie wiedziałam, że jest tu tak ładnie. Odkryłam zaskakująco gęstą dawkę baroku jak na tak małą wieś, położoną gdzieś pod Kyffhäuser. I należy jej się odrębny wpis. Mając chwilę czasu, zrobiłam kilka zdjęć oranżerii i przeszłam się po ogrodzie, założonym we francuskim stylu.

W drodze do Bendeleben © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna
Przed Jaskinią Barbarossy © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Rufbus

Mając kilkanaście minut w zapasie, spokojnie przeszłam na przystanek, spojrzałam na rozkład jazdy (była sobota) i zdawało mi się, że mam jakieś omamy. Mój autobus o 12.40 był oznaczony jako Rufbus. To oznacza, że przyjedzie, pod warunkiem, że się odpowiednio wcześniej zamówi jego kurs. Dokładnie, taki „autobus na zamówienie„.

Jestem pewna, że kiedy sprawdzałam rozkłady jazdy, czy nawet je sobie wydrukowałam, żadnego Rufbusa tam nie było! No nie ryzykowałabym utknięcia na końcu świata, bez możliwości wyjazdu. Gdzie ja bym zresztą dzwoniła po jakiś autobus? Ale teraz przyparta do muru i bliska załamania, wybrałam na komórce podany na tablicy numer. Odezwał się bardzo wesoły pan.

Potwierdził, że wybrany przeze mnie autobus to Rufbus, ale że dzwonię dopiero teraz, to nie ma możliwości wysłać go w trasę. Należy to uczynić na dwie godziny przed kursem. Mówię mu, że rozkłady jazdy na Deutsche Bahn nie pokazały mi że to Rufbus, że przeszłam pieszo 10 kilometrów z Bad Frankenhausen i co mam teraz zrobić. A on, że bardzo mu przykro, ale on to nic nie może zrobić. I po chwili pyta się wesoło, czy chcę zamówić ten kurs o 18.40. I to chyba przeważyło, że wydukałam tylko: nie dziękuję, po czym zakończyłam połączenie i się trochę popłakałam ze stresa.

Bo alternatywy nie były zachęcające. Po pierwsze, tracę moje wódki i żadnej atrakcji na kartę już dzisiaj nie zrealizuję. To lepiej było zapłacić osobno za tą jaskinię, a dzień z karty zostawić na inną, pewniejszą okazję. Po drugie, do Sondershausen było około 17 kilometrów – nie ma opcji, żebym szła pieszo. Jedynym rozwiązaniem był powrót do Bad Frankenhausen i nadzieja, że stamtąd jakieś autobusy dowiozą mnie do stacji kolejowej. Bo w tej zapomnianej przez Boga okolicy, linię kolejową ostatecznie zamknięto na przełomie 2012/2013 roku. W gospodzie widziałam jeszcze mapę z zaznaczoną czarno-białą nitką Kyffhäuserbahn. Ile bym dała, żeby teraz skorzystać z niej z pobliskiego Rottleben.

Rozkład jazdy na przystanku w Bendeleben © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Czarny Hrabia

I gdy tak stoję sobie na tym bezludziu, bo ostatnich ludzi to widziałam w jaskini, zapłakana i zasmarkana, nagle słyszę jak za moimi plecami podjeżdża samochód. Nawet się nie troszczyłam, by zadbać o swój wygląd, taka byłam zła. Samochód nowoczesny, czarny a z niego wysiada cały na czarno ubrany mężczyzna. Czarny golf, czarny elegancki płaszcz, czarne spodnie i buty. Przypominał mi trochę Rademenesa w ludzkiej postaci z serialu „Siedem Życzeń”.

Pomyślałam, że gość zabłądził i chce się zapytać o drogę. I nic dziwnego, bo okolice naprawdę dzikie, a ludzie w tych wioskach pochowani. Ale nic z tych rzeczy. Porzucił samochód niemal na środku wioskowego skrzyżowania, podchodzi do mnie z uśmiechem i rzuca „Hallo”. Dopiero teraz wycieram nos i oczy i odpowiadam jakimś niemrawym „Hallo”. Tak gapi się na mnie i po chwili pyta, czy potrzebuję pomocy. Odpowiadam, że nie, że czekam na autobus, miał tu być, ale okazało się, że to Rufbus, a ja nie wiedziałam. Kiwa głową. I nic. Dodaję, że przeszłam dzisiaj tyle i tyle, zwiedziłam Jaskinię Barbarossy i chciałam dojechać do Nordhausen. I że dzwoniłam na ten Rufbus, ale nie pomogli. A ten dalej kiwa głową, uśmiecha się i pyta, czy byłam w Göllingen.

Jakim ku… Göllingen? A ten niezrażony moim milczeniem, bo tylko zaprzeczyłam ruchem głowy, zaczyna opowiadać o tym Göllingen. Że są tam pozostałości klasztoru, opowiada historię, i że co roku jest tam festyn. I on na tym festynie gra Hrabiego Jakiegośtam. Czy słyszałam o tym?

Nie, nie słyszałam. I w ogóle co tu się dzieje? Ja tu stoję, czekam na autobus, który nie przyjedzie, bo już jest po 12.40, a tu jakiś Czarny Hrabia opowiada mi okolicach. Z uśmiechem, wyluzowany, w ogóle nie komentując mojego stanu czy sytuacji. I tak wciąga mnie w rozmowę, a gdy mówię, że pewnie przyjdzie mi wrócić do Bad Frankenhausen, znowu tylko potakuje. I zaczyna opowiadać mi o pobliskim Majątku Bendeleben (Gut Bendeleben). Ten zresztą widać z przystanku – przypomina mi dawną szlachecką posiadłość, jednak mocno podupadłą za czasów NRD. I gdy mój rozmówca wywija ramieniem, opowiadając, co i jak tu się zmieniło, gdy ja jeszcze trochę pochlipuję, zza drzew wyłania się on. Cały na biało – autobus. Autobus do Sondershausen.

Autobus biały

To był ten autobus. Trochę spóźniony, ale niewątpliwie numer się zgadzał. Ktoś na innym odcinku trasy musiał go zamówić. Dlaczego mój wesoły rozmówca z centrali tego nie sprawdził, i mi nie powiedział? Nie wiem.

Mój miejscowy rozmówca natychmiast przerwał swoje opowieści, uśmiechnął się jeszcze szerzej na moje „Ooooo, jest jednak autobus!”, rzucił coś na pożegnanie, błyskawicznie wsiadł do samochodu i po prostu odjechał, zanim autobus dotoczył się powoli na przystanek.

Byłam w takim szoku, stres ze mnie schodził, że tak dłuższą chwilę gapiłam się przez szybę, rozkminiając, co tu się wydarzyło. Niestety autobus do Sondershausen też dotarł z opóźnieniem, kolejny pociąg był dopiero za godzinę i ostatecznie na wódki nie zdążyłam. W Nordhausen poszłam do miejscowego muzeum poświęconemu… tabace. a pod wieczór wróciłam do Berlina.

Oranżeria w Bendeleben © Viator Polonicus, Joanna Maria Czupryna

Hrabia z Göllingen i hrabia z Bendeleben

Do dzisiaj nie wiem, kim był ten tajemniczy człowiek.

Szukałam informacji o festynie w Göllingen, ale jednoznacznych relacji o rekonstrukcji historycznej też nie znalazłam. Jednak jakiś hrabia był. Gunther von Käfernburg-Schwarzburg, turyński hrabia grodowy (Gaugraf), ufundował około 1005 roku klasztorowi w Göllingen znaczny majątek. Potem sam wstąpił do zakonu benedyktynów, przez rok kierował klasztorem jako opat. Następnie żył jako pustelnik na pograniczu bawarsko-czeskim, gdzie do dziś jest czczony jako święty – znany jako Gunther von Thüringen (Gunther z Dobrowody).

Jest też i hrabia z Bendeleben i śmiem przypuszczać, że to mógł być on.

Felix hrabia von Arnim – najmłodszy syn Thomasa i Sabine hrabiów von Arnim, obecny zarządca Gut Bendeleben. Po studiach rolniczych i MBA (BWL) od 2012 roku wspierał ojca w prowadzeniu majątku, a w 2020 roku przejął pełne operacyjne zarządzanie od wieloletniego administratora Clausa Wernera oraz cały majątek w drodze wyprzedzonego dziedziczenia po ojcu.

Ród von Arnim wszedł w posiadanie Bendeleben przez adopcję i małżeństwo: Alexandra von Oelsen, adoptowana spadkobierczyni rodziny von Krause (właścicieli majątku od połowy XIX wieku), poślubiła w 1933 roku Hermanna hrabiego von Arnim-Muskau. Po wywłaszczeniu majątku w 1946 roku i powojennej emigracji, Alexandra wróciła do Bendeleben w 1991 roku jako była właścicielka. Wraz z siostrzeńcem, którego adoptowała, Thomasem rozpoczęła odbudowę gospodarstwa. Ów Felix reprezentuje czwarte pokolenie tej linii rodzinnej związanej z majątkiem.

Wódek nie spróbowałam do dzisiaj.

BendelebenGöllingenJaskinia BarbarossyRufbusTuryngia
komentarzy (0)
Add Comment